środa, 5 kwietnia 2017

Irina Miediancewa - ars longa, vita brevis...

3 kwietnia br. Petersburg okrył się żałobą - czternaście osób straciło życie w wyniku zamachu terrorystycznego w metrze. Wśród nich była niespełna pięćdziesięcioletnia artystka, tworząca autorskie lalki, Irina Miediancewa.


Oddajmy głos jej bliskim i znajomym.
"To moja ciocia. Wszyscy pochodzimy z Udmurtii. Moja babcia Akulina miała brata Kuźmę. W jego rodzinie było 10 dzieci, a wśród nich - Irina. [...] Irina wyszła za mąż i osiadła w Petersburgu. Pracowała w domu kultury, prowadziła studio autorskiej lalki. Wszyscy mówią o niej jako o wspaniałym pedagogu. Hojnie dzieliła się swoimi sekretami.
Ciocia wychowała dwie córki - Julię i Alionę. One też zajmowały się lalkami. Trzeciego kwietnia Irina akurat jechała z Alioną z lalkami metrem. Tak się stało, że podczas wybuchu matka zakryła swoim ciałem córkę i tym samym uratowała jej życie. Irina umarła w karetce pogotowia w drodze do szpitala. A Aliona znajduje się teraz na reanimacji. Przeszła operację. Całą noc medycy walczyli o jej życie. Stan jest stabilny, ciężki. Ma 29 lat, mamy nadzieję, że młody organizm sobie poradzi. [...]
Na pamiątkę po Irinie została nam jej lalka, którą zrobiła dla swojego brata, mojego ojca. Ona siedzi tam w filiżance, obsypanej klejnotami. Lalka jest bardzo śmieszna, cały czas na nią patrzymy i uśmiechamy się."
(Marusia, bratanica Iriny, żona byłego solisty grupy Na-Na Władimira Lewkina)


"Całe osiedle ją opłakuje. Irina była bardzo utalentowanym,  radosnym człowiekiem. Mieszkała w Parfinie, była z dużej wielodzietnej rodziny, robiła autorskie lalki. Potem wyszła za mąż i wyjechała z osiedla do Petersburga, gdzie jej kariera nabrała tempa. Uczestniczyła we wszystkich możliwych wystawach - w Moskwie i Petersburgu. Jej dzieło kontynuowała córka."
(Nonna Maksimowa, mieszkanka osiedla Parfino, gdzie Irina Mediancewa prowadziła dawniej zajęcia w szkole artystycznej.)

Obrońca domowego ogniska

Maleńki anioł
"Pamiętam jej zadziwiającego Petersburskiego anioła, były jeszcze Anioł Sofia, Anioły wiosny, Smutny anioł. Irina jakby się śpieszyła, żeby zostawić ludziom możliwie jak najwięcej talizmanów. A sama się nie uratowała."
(mieszkanka Petersburga, Anna Wołgina)

Petersburski anioł

 Anioły wiosny

Smutny anioł

Anioł Sofia
 Łagodne anioły

Niech łagodne anioły ukołyszą Ją do wiecznego snu...

Źródła: http://www.mk.ru, http://www.province.ru
Zdjęcia: https://www.livemaster.ru/

sobota, 4 lutego 2017

LittleFee - dla nowicjuszy (część pierwsza)

Jak zaznaczyłam w temacie, post jest przeznaczony wyłącznie dla przyszłych lub świeżo upieczonych posiadaczy LittleFee - starzy wyjadacze nie znajdą w nim niczego odkrywczego. Nie ukrywam, że to małe kompendium powstało z czysto egoistycznych względów: sama potrzebowałam wiedzy o tych maluchach, a skoro coś tu i ówdzie znalazłam, żal było nie podać dalej.
Ale do rzeczy!

LittleFee to linia lalek BJD w rozmiarze 1/6 stworzona w 2008 r. przez firmę FairyLand.
Lalki tej linii charakteryzują się dziecięcą budową ciała, a dziewczynki i chłopcy nie różnią się wymiarami - jedyną różnicę stanowi dodatkowy detal u tych ostatnich ;)

Specyficzne cechy ich ciałek to:
1. Główka posiada faceplate, a nie headcap - w przekładzie na ludzki język, zamiast "pokrywki" w górnej części (jak po trepanacji), ma wymienną część twarzową. Jest to wspaniałe rozwiązanie dla niezdecydowanych, ponieważ dostajemy lalkę jednocześnie w dwóch wersjach: śpiącej i czuwającej.


Natomiast problemem dla tychże niezdecydowanych może być bogactwo moldów, które firma zdążyła do tej pory stworzyć. Najstarszy, do dziś bardzo popularny, to Ante.


2. Rączki i stopy są przymocowane do nadgarstków i kostek przy pomocy magnesów, dzięki czemu można je łatwo wymieniać.



W tej chwili doszukałam się dziewięciu rodzajów rączek o różnych układach paluszków:


Numery 1-7

 Numer 8

Numer 9

3. Magnesy w plecach i główce umożliwiają przymocowanie dodatkowych elementów - skrzydełek czy rogów. 



4. Ciała od początku tworzono w dwóch odcieniach, Beautiful White i Natural, od 2013 r. dostępny jest również Tan (lalki w tym odcieniu można zamawiać w określonych okresach, głównie wtedy, gdy ukazuje się nowy model).

Omówiliśmy detale, a teraz zobaczmy naszego bohatera w całości:




I poznajmy jego wymiary:

wysokość
25 cm
9.84"
waga
210 g
.46lbs
obwód głowy
16,7 cm
6.57"
obwód szyi
6 cm
2.36"
szerokość ramion
7 cm
2.75"
długość ręki od ramienia do nadgarstka
7,8 cm
3.07"
długość ręki od łokcia do nadgarstka
3,5 cm
1.38"
długość pleców
6,5 cm
2.56"
obwód klatki piersiowej
13 cm
5.12"
obwód talii
11,8 cm
4.65"
obwód bioder
14,5 cm
5.71"
długość nogi od biodra do kolan
6,5 cm
2.56"
długość nogi od kolana do kostki
4,7 cm
1.85"
obwód kostki
5 cm
1.97"
długość stopy
3,8 cm
1.5"
rozmiar oczu
14 mm
-

W celach poglądowych wykorzystałam zdjęcia ze stron http://dollfairyland.com  oraz http://www.denverdoll.com 

poniedziałek, 30 stycznia 2017

DollArt.ru, czyli czego możemy pozazdrościć Rosjanom

Pierwszy post po dłuugiej przerwie, a ponieważ czasy nie nastrajają do żartów (zwłaszcza w zasnutym oparami smogu Krakowie), to i rozważania będą poważne ;)

Szukam w Słowniku języka polskiego PWN wyrazu lalkarstwo. Znajduję następujące definicje:
1.  «wyrób lalek»
2.  «dziedzina twórczości teatralnej obejmująca widowiska lalkowe»
3.  «wydział lub kierunek studiów aktorskich»
Przechodzę do słowa wyrób:
1. «przedmiot stanowiący końcowy produkt pracy rzemieślnika lub wynik procesu produkcyjnego zakładu»
2. «wyrabianie towarów»
Wszystko jasne - nasz język traktuje lalkarstwo jako gałąź rzemiosła lub produkcji. Tak więc lalkarz to rzemieślnik bądź producent, ale nie twórca. Przecież nikt nie powie, że Picasso wyrabiał obrazy, a Rodin - produkował rzeźby.
Polszczyzna rozróżnia pojęcia artysta malarz, malarz pokojowy czy lakiernik samochodowy, ale wszystkich lalkarzy wrzuca do jednego wora, choć lalkarstwo artystyczne w naszym kraju od dawna ma się nieźle, a lalkarze artystyczni doskonale wpisują się w definicję autorstwa socjologa kultury, prof. Mariana Golki:
Artystą jest człowiek zajmujący się działalnością twórczą o indywidualnym charakterze, znamionującą biegłość, a przy tym wykazującą zaangażowanie talentu, wyobraźni i innych cech osobowości, która to działalność pełni swoistą funkcję społeczną, zaakceptowaną przez zbiorowość w wyniku zapotrzebowania na określone wartości, które artysta może oferować.
(Marian Golka, Socjologia sztuki, Warszawa: Difin, 2008, s. 77)

Taki stan rzeczy warto zmienić, dlatego pokażę dzisiaj drogę, jaką poszli artyści z Rosji - projekt pod nazwą DollArt.ru. Oto, co sami piszą o tej inicjatywie:
Eksperymentalna pracownia twórcza "DollArt.ru" Rosyjskiej Akademii Sztuk Pięknych i Twórczego Związku Artystów Rosji skupia wiodących specjalistów w dziedzinie sztuki lalkarskiej z różnych stowarzyszeń twórczych i wystawienniczych. To grupa twórcza, utworzona w 2002 r. przez profesjonalnych artystów-lalkarzy w oparciu o zasoby domeny internetowej pod nazwą www.dollart.ru, prowadząca swoją działalność wystawienniczą wyłącznie dla sztuki.
Surowa konkursowa selekcja artystów konsekwentnie gwarantuje najwyższy artystyczny poziom wystaw. Uczestnicy projektu główne wysiłki kierują na rozwój profesjonalnej linii sztuki lalkarskiej i przyznanie jej takiego statusu przez zawodowe środowisko artystyczne.

Przejdźmy do konkretów, czyli zobaczmy, w co uczestnicy projektu wkładają tyle wysiłku.
Doll.Art.ru:
- co roku przeprowadza konkurs dla profesjonalistów oraz konkurs kwalifikacyjny dla nowych członków,
- organizuje rocznie dwie wystawy - Doll.Art.ru i Artkukla,
- przeprowadza warsztaty, okrągłe stoły i konferencje poświęcone sztuce lalkarskiej,
- wydaje broszury, katalogi, albumy i filmy wideo,
- tworzy archiwum fotograficzne wystaw i dzieł,
- systematyzuje twórcze biografie artystów.

Nb. w Rosyjskiej Państwowej Bibliotece Sztuk Pięknych w Moskwie prezentowana jest właśnie wystawa Zimowy karnawał.


Obejrzyjcie małą próbkę twórczości rosyjskich artystów, skupionych wokół projektu (wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony www.dollart.ru):

Gulia Aleksjejewa Anioł z lirą (57 cm, drewno, masa papierowa, fimo)

 Natalia Łopusowa-Tomska Kamyczki (25 cm, masa papierowa)

Natalia Łopusowa-Tomska Północna rosa (35 cm, masa papierowa)


Aleksandra Chudiakowa Tajemnica (110 cm, fimo)

Aleksandra Chudiakowa Lalka (fimo)

Władimir Gwozdiew Listonosz (40 cm, drewno, metal, masa papierowa) 


Władimir Gwozdiew Łycerz. Bez stłachu i skazy (55 cm) 


Irina Andriejewa Boża krówka (60 cm, wełna filcowana na mokro)


Ewelina Rajtarowskaja


Swietłana Rudoj (Gusjewa) Suknia dla królowej (60 cm, LaDoll)

Swietłana Rudoj (Gusjewa) Muzyka (50 cm, LaDoll)


Swietłana Rumiancewa Z życia motyli (45 cm, fimo, masa papierowa, koraliki, kamienie)

A co z polskimi lalkarzami? Na szczęście i u nas coś drgnęło. W październiku 2014 r. z inicjatywy Klaudii Gaugier, Renaty Gołaszewskiej-Adamczyk, Katarzyny Hołdy, Pauliny Kary, Inez Krupińskiej, Małgorzaty Maćkowiak i Józefa Wilkonia zawiązała się grupa pod nazwą Polska Lalka Artystyczna POLA. 
Wszystkie informacje na jej temat znajdziecie pod tym linkiem: POLA
Jeśli wiecie o innych działaniach na rzecz popularyzacji sztuki lalkarskiej, podzielcie się w komentarzach! 

piątek, 20 maja 2016

Must-see dla kolekcjonerów

Wspomniane w poprzednim poście 's-Hertogenbosch ma do zaoferowania nie tylko Noordbrabants Museum. W zachodniej części miasta, u zbiegu ulic Oude Engelenseweg i Diezekade, wznosi się
Brabanthallen - imponujące centrum imprezowo-wystawiennicze złożone z sześciu hal i kilku mniejszych sal o łącznej powierzchni  44 tysięcy metrów kwadratowych. Na parkingu znajdzie się miejsce dla 4000 pojazdów.
Architektonicznie urodą raczej nie powala, ale rozmachu nie można mu odmówić!







Zastanawiacie się, co tu robi plan Brabanthallen? Może się wam przydać, bo zamierzam zabawić się w kusiciela i skłonić was do odwiedzenia 's-Hertogenbosch.

Zamknijcie oczy i wyobraźcie sobie 8 tysięcy metrów kwadratowych zajętych przez stoiska z domkami dla lalek, miniaturami do domków, lalkami i pluszowymi misiami. Dzieła współczesnych twórców z Holandii, Belgii, Niemiec, Anglii, Danii, Austrii, Rosji, Hiszpanii, Francji, Szwajcarii, Kanady i Stanów Zjednoczonych. Książki i czasopisma. Do obejrzenia i do kupienia. A do tego okazy antykwaryczne, w tym pluszaki Margarete Steiff i porcelanowe lalki pochodzące z firm Jumeau, François Gaultier, Simon & Halbig, Armand Marseille oraz Kämmer & Reinhardt.
Ta piękna wizja urzeczywistni się jesienią bieżącego roku.

Przejdźmy do szczegółów.
Co?
Dwie równolegle odbywające się imprezy - 26. edycja największych na świecie międzynarodowych targów domków dla lalek i miniatur oraz targi lalek i pluszowych misiów.
Gdzie?
Brabanthallen, Diezekade 2, 5222 AK 's-Hertogenbosch Holandia
Kiedy?
W sobotę 22 października od 10.00 do 17.00 i w niedzielę 23 października od 11.00 do 16.00.
Za ile?
- dorośli - 10 euro,
- seniorzy (ukończone 65 lat) - 8 euro,
- dzieci (do 12 roku życia) pod opieką osoby dorosłej - bezpłatnie.
Uwagi dla centusiów oszczędnych:
Jeśli zaabonujecie tutaj bezpłatny newsletter, dostaniecie kupon na 40 procent zniżki. (Benefit nie jest jednorazowy - dotyczy wejściówek na wszystkie targi organizowane przez Niesje Wolters van Bemmel Evenementenbureau.)
Jeśli kupicie bilety w przedsprzedaży, zaoszczędzicie 3,05 euro i trochę czasu, który musielibyście spędzić w kolejce.
I jeszcze link do holenderskiej strony targów: http://www.niesjewolters.nl/Brabanthallen-start.html

Gdyby ktoś wybierał się do 's-Hertogenbosch samochodem, gorąco polecam nocleg w odległym o niespełna pół godziny jazdy Oirschot, w którym średniowiecze płynnie i bez zgrzytów przechodzi w XXI wiek, a wieś - w miasteczko.









PS Uważajcie tylko na miejscowe gęsi, które z powodzeniem wyręczają psy stróżujące;)






wtorek, 17 maja 2016

Niderlandy i dwie Petronelle

W rodzinnym mieście Hieronima Boscha, 's-Hertogenbosch, zorganizowano w tym roku retrospektywną wystawę jego dzieł, która przyciągnęła tłumy wielbicieli mistrza z całej Europy.
Stwierdziliśmy z przyjaciółmi, że też tak chcemy - wsiadamy w samochód i jedziemy do Brabancji!

Uzgodniliśmy trasę, która okazała się dwa razy dłuższa niż zalecały mapy Google, jako że zygzakowała jak Angol po krakowskich knajpach - każdy dorzucił jakieś obfitujące w dobra kultury miejsce, które KONIECZNIE musi zobaczyć "po drodze". Zaklepaliśmy miejsca w hotelach. Nabyliśmy niezbędne waluty (na trasie znalazły się m.in. Bazylea i Praga). Sprawdziliśmy WSZYSTKO, począwszy od godzin otwarcia muzeów, cen biletów i usytuowania parkingów, a skończywszy na dostępności wychodków.
Po czym okazało się, że bilety na wystawę Boscha należało dużo wcześniej kupić przez Internet. Z naciskiem na "dużo", bo ci z lepszym refleksem dawno nas wyprzedzili...

Istnieje jednak jakieś bóstwo opiekuńcze głupków, bo tuż przed wyjazdem na stronie muzeum pojawiła się informacja o dostępności kilku biletów. Rzuciłam się na nie tak zachłannie, że nie zdążyłam zmienić języka strony na angielski i cała transakcja odbywała się po holendersku, z krótką przerwą na desperackie przekopywanie wszystkich torebek w poszukiwaniu właściwej karty debetowej. Aż do otrzymania potwierdzenia nie byłam tak naprawdę pewna, co, za ile i w jakiej ilości nabyłam.

Jako gorliwa neofitka, od pół roku dobrowolnie poddająca się germanizacji, na czas naszej wyprawy przyjęłam założenie: "Znam niemiecki i nie zawaham się go użyć!" Ponieważ inne języki od czasu do czasu wymykały mi się spod kontroli i samowolnie włączały do akcji, efekty bywały zaskakujące, ale nawet pytanie "Puis-je fotografieren ohne lampe?" zostało przyjęte ze zrozumieniem (pewnie dlatego, że zadałam je w Alzacji). Pokonały mnie tylko jadłospisy holenderskich restauracji, z reguły występujące w rodzimej wersji językowej, a także sympatyczny sprzedawca burgerów (do dziś zachodzę w głowę, co oznaczało okraszone miłym uśmiechem chrząknięcio-charknięcie).

Na retrospektywę mieliśmy wejść o 20.00, a zjawiliśmy się z półgodzinnym opóźnieniem ("Zwariowaliście? Pod Amsterdamem NA PEWNO nie ma korków"), co obsługa przyjęła na szczęście ze stoickim spokojem.

Podsumowując, było świetnie, a na pamiątkę przywieźliśmy sobie holenderski ser, szwajcarską czekoladę i czeski wirus, który tak się do nas przywiązał, że do dziś wszyscy mamy chrypkę.

Pozwólcie, że po tym epickim wstępie przejdę do tytułowych Petronelli.
Zwiedzając Rijksmuseum zauważyliśmy tłumek kłębiący się koło czegoś, co na pewno nie było dziełem Rembrandta ani Vermeera. Tłumek był na tyle liczny, że nie dało się dokładnie obejrzeć, przeczytać opisów ani przyzwoicie sfotografować obleganych obiektów.



Postanowiłam bliżej się im przyjrzeć, wykorzystując możliwości, jakie daje założenie konta w portalu Rijksstudio na stronie internetowej amsterdamskiego muzeum.
W katalogu figurują pod hasłem "domek dla lalek", ale trzeba zaznaczyć, że nie były to zabawki dla dzieci, lecz przedmioty zbytku, podkreślające splendor właściciela. Zostały wykonane i wyposażone przez wysokiej klasy rzemieślników na zamówienie zupełnie dorosłych kobiet.
Pierwsza z nich, Petronella Dunois, po śmierci rodziców mieszkała w Amsterdamie z siostrą Marią. Zamożne sieroty mogły sobie pozwolić na kosztowne hobby, jakim było urządzanie wykwintnego lalkowego "cabinetu". W spisie wartościowych przedmiotów, które w 1677 r. dwudziestosiedmioletnia Petronella wniosła do małżeństwa z regentem Lejdy, Pieterem van Groenendijck, obok akcji i obligacji, stosów serwetek, obrusów i pościeli wymieniono również domek dla lalek.
Dziedziczony po kądzieli, przez wieki przechodził z pokolenia na pokolenie, a kolejne właścicielki wzbogacały jego wnętrza o nowe elementy. W 1934 r. został przekazany do zbiorów Rijksmuseum.
Dębową szafę o wysokości 200 cm, szerokości 150 cm i głębokości 56 cm, intarsjowaną orzechem, podzielono na trzy piętra, zajmowane przez osiem pomieszczeń zamieszkiwanych przez 20 laleczek.









W Rijksmuseum możemy również obejrzeć portret Petronelli Dunois - olej na płótnie pędzla Nicolaesa Maesa, ucznia Rembrandta.


Drugi domek, datowany na lata 1686 - 1710, należał do  Petronelli Oortman (1656-1716), która jako bogata wdowa została żoną amsterdamskiego handlarza jedwabiem, Johannesa Brandta. 
Szafa, wykonana przez pracującego w Amsterdamie francuskiego stolarza, dębowa, intarsjowana szylkretem i ozdobiona cynowymi ornamentami, ma wymiary 255cm x190cm x 78cm i jest zamykana dwojgiem przeszklonych drzwi. Ponieważ w 1710 r. Jacob Appel szczegółowo odtworzył domek na pergaminie, wiadomo, że chroniły go dodatkowo żółte zasłony. Niestety, spośród ukazanych na obrazie laleczek przetrwała tylko jedna.



Dziewięć pomieszczeń urządzono niezwykle realistycznie, z zachowaniem prawidłowych proporcji (w skali 1: 9) i z wykorzystaniem stosownych materiałów. Nad wykonaniem blisko 700 obiektów składających się na wyposażenie domku trudzili się m.in.: stolarze meblowi, rzeźbiarze, złotnicy, introligatorzy, wytwórcy szkła i koszyków, krawcowe. W pracach nad dekoracją wnętrz brali udział popularni w tym czasie holenderscy malarze - Willem Frederiksz van Royen (malowidło w bawialni) i Johannes Voorhout.
Porcelanę wystawioną w kredensie sprowadzono z Chin i Japonii za pośrednictwem Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej.










Po śmierci Petronelli domek przeszedł w ręce jej córki, Hendriny, a potem brata Hendriny - Jana.  
W 1821 r. został zakupiony przez państwo, natomiast w 1875 r. nabyło go Rijksmuseum. 
Aby ostatecznie dobić miłośników dioramy, dodam, że podobno za równowartość samych mebelków można było w XVIII w. zakupić prawdziwy dom nad jednym z amsterdamskich kanałów. 
Mam nadzieję, że coup de grâce zostanie mi wybaczony:>

W tekście wykorzystałam dwie marnej jakości własne fotografie oraz zdjęcia uzyskane ze strony internetowej Rijksmuseum w Amsterdamie za pośrednictwem Rijksstudio.